Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

Lot do Warszawy

Wśród naszej polskiej załogi lot do Warszawy jest bardzo popularny. Wszyscy od czasu do czasu chcą skoczyć na pierogi i zrobić zapasy ulubionych produktów. Fakt, że na każdym rejsie, w każdej kabinie powinien być chociaż jeden polsko języczny członek załogi, teoretycznie powinien  to ułatwiać. Jednak bardzo często się zdarza, że ta reguła nie jest przestrzegana, a ilość chętnych żeby operować ten lot, wcale przez to nie maleje. Nie łatwo jest dostać Warszawkę, a już w ogóle zamienić się na nią. Mi nie dają jej nigdy tak po prostu, tylko jak zabiduję. (dla nie wtajemniczonych, w poprzednim poście rozwinęłam się bardziej o bidowaniu, czyli co, jak i po co)

Co ona w sobie ma, że tak silnie działa na wandali, a ochronić się nie daje.
Entuzjazm przed wyjazdem do Warszawy był na tyle duży, że już w nocy nie mogłam zasnąć. Spałam może 3h i tak przed każdą z nich. Pobudka o 4.00 mi tego nie ułatwiała, ale czego się nie robi dla Warszawki. Zwłaszcza, że zupełnie nie czułam się jakbym szła do pracy. Cały ten lot, od początku do końca stanowił dla mnie mega frajdę.
 Dorabiam filozofie teraz, ale w Dubaju: tramwajów nie ma, o pociągach nie wspominając, a jazda motorem to czyste samobójstwo.

Pasażerowie na tym locie są dość wymagający, ale po polsku wszystko da się załatwić. Przede wszystkim jak to my, lubimy swoje wypić, a już szczególnie,  jeśli alkohole są serwowane bezpłatnie. Nie wszyscy też znają swoje możliwości. Wielu pije ile wlezie, a potem robi się nie przyjemnie. Taka już nasza ciemna strona. Muszę się jednak przyznać, że do swoich mam więcej cierpliwości. Fakt, że łatwiej się dogaduję niż z innymi narodowościami, raczej nie będzie zaskoczeniem, ale sprawia mi to też więcej przyjemności.

Zauważyłam też, żę preferujemy dogadywać się po polsku. Wielu z nas zna angielski, ale po co się wysilać, skoro można poczekać na Panią Joasię i się wszystko załatwi. Powoduje to, że lot dla załogi polsko języcznej jest o tyle trudniejszy, że wszyscy pozostali jej członkowie,  nagle przestają istnieć. Jeśli pasażerowie się zorientują kto mówi po polsku. Game over. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, istniejesz już tylko ty. Wszystkie prośby będą kierować do Ciebie, choćby mieli przez to przebiec pół samolotu. W tych prośbach są też odważniejsi, często innych nie poprosiliby o to, o co poproszą rodaka, np. zabawki dla wnuków, albo inne gadżety. Czasami po prostu nie znają na tyle angielskiego, a czasami boją się, że im ktoś obcy odmówi. A może to tylko ja mam takie miękkie serce i widać to po mnie. Licho wie. Na szczęście, też więcej Ci wybaczą, jeśli np. zapomnisz o drinku, albo czegoś zabraknie. Na swojego nikt się nie będzie wściekać.
Dworzec centralny i  Złote tarasy.  Dowód, że się popieści to się zmieści.

Wielu pasażerów, szczególnie tych, którzy na stałe mieszkają za granicą, albo wracają z długich wakacji, lubą sobie po prostu z Tobą pogadać, po polsku koniecznie. Wiele razy usłyszałam, jak to dobrze po polsku znów porozmawiać. Czasami chcą się pochwalić gdzie byli, a czasami dowiedzieć jak wygląda moja praca, życie w Dubaju itd. Czasami jak okaże się, że mieszkają na stałe za granicą to ja ich ciągnę za język.

Nie wiem jak mają inne narodowości, ale chyba większość Polaków, w jakiś tam sposób ciągnie do swoich, żeby chociaż pogadać po swojemu. Słyszałam o stwierdzeniu, że w Polacy za granicą żyją jak pies z kotem, ale zupełnie się z tym nie zgadzam. Nie wiem jak to jest np. na wyspach, ale ja się z tym nie spotkałam. Nawet podczas podróży, gdziekolwiek na świecie, jak usłyszysz polski to się miło robi. Zawsze chociaż dzień dobry się powie i ludzie w zaskoczeniu się uśmiechają. Czasami nawet zatrzymają się pogadać.
Świadek wszystkich tęczowych wandalizmów.

Gdzie i dlaczego podróżują Polacy? Na moich lotach do tej pory królują zagraniczne konferencje, np. w Tokio i Tajpeju, turyści, marynarze, biznesmeni, ale także Polska emigracja, która wraca na wakacje do kraju. Okazuje się, że mamy sporą polonie w Australii, a połączenie naszymi liniami jest dla nich bardzo wygodne. Wszyscy Polacy, z którymi miałam okazję porozmawiać chcieliby wrócić, ale sytuacja finansowa im na to nie pozwala. Jeśli ktoś mieszka na drugim końcu świata 30 lat, to choć tęskni za Polską, to dom ma już raczej tam. Wielu z Polskich Australijczyków uciekało z naszego kraju,  szukając  azylu politycznego, np. byli działacze Solidarności. Większość moich pasażerów łączyła tylko jedna cecha. Dubaj był ich lotniskiem tranzytowym, niewielu zostawało tam na dłużej. Mieliśmy też pielgrzymkę do Bangkoku i na Bali. Też byłam zaskoczona, ale jak inaczej nazwać wycieczkę organizowaną przez księży. Jeden z nich przyznał mi się, że msze były codziennie, a uczestnicy chowali po kieszeniach buteleczki z alkoholami.

Sama nie mogłam w to uwierzyć, ale przysięgam, że tak było.  Na obu moich Warszawskich rejsach spotkałam tych samych pasażerów. Brzmi niesamowicie jeśli zdacie sobie sprawę, że jest nas 18 000, a do Wawki latamy codziennie. Robiłam te loty w odstępie prawie 2 tygodni. Na pierwszym jedna kobieta leciała właśnie do Tokio na konferencję, a potem ze mną wracała do Polski. Inna grupa miała konferencję w Tajpeju, a w drodze powrotnej zatrzymali się jeszcze na 3 dni w Dubaju. Połączyli pracę z przyjemnością. Tą kobietę sama zauważyłam, a że nie chciało mi się wierzyć, to podeszłam i zapytałam wprost. Pamiętała mnie bardzo dobrze. Z kolei grupa mi się gdzieś pochowała, ja ich nie zauważyłam, ale kierownik wycieczki mnie zaczepił.

Takich widoków na co dzień brakuje mi najbardziej.
Wiecie, co najbardziej mnie zaskoczyło?? Obcokrajowcy mówiący po polsku. W Polsce Hindusów chyba wciąż rzadko się spotyka, a na naszym rejsie ich nie brakowało. Jesteśmy linią lotniczą wożącą głównie Hindusów, ale Warszawka, do niedawna, była niezdobytym bastionem. Była. Ja oczywiście, podając im cokolwiek, zwracałam się po angielsku. Wyobraźcie sobie, jednak moją minę jak, stoję w przejściu i żegnam się z pasażerami, a grupa Hindusów pochodzi do mnie i płynną polszczyzną mówi mi, że bardzo dziękują za wszystko, bardzo przyjemny lot itd. Jedna z dziewczyn miała bluzę z napisem:  Wydział Prawa i Administracji UŁ. Długo zbierałam zęby z ziemi. Do tego spotkałam też Sudańczyka, który ma żonę Polkę. Ja do niego po angielsku, a on do mnie płynną polszczyzną. On akurat leciał tylko do Dubaju. Pracuje tu dla polskiej firmy eksportowej. Język polski do łatwych nie należy, więc obcokrajowców, którzy nim władają darzę szczerym podziwem i szacunkiem.


Mamy wśród załogi taką niepisaną tradycję. Jeśli jakiś załogant leci do domu, to w drodze powrotnej przynosi dla pozostałych jakiś lokalny przysmak, tak na spróbowanie. Najczęściej są to słodycze.  Pewnie domyślacie się co ja przyniosłam. Oczywiście, ze Prince Polo, Ptasie mleczko, a za drugim razem Mieszankę Wedlowska i Delicje. Wszyscy byli pod wrażeniem, zajadali się jak oszalali.

Niestety Warszawka miała też smutny kontekst. Po wylądowaniu w Dubaju, wiozłam wtedy swojego męża jako pasażera, dostaliśmy wiadomość o tym co się stało z lotem MH 17 Malesian Airlines. Jeszcze nie wyszliśmy z samolotu jak pierwsze informacje do nas doleciały. Wszyscy aż usiedliśmy. Ruszył nas nie tylko fakt, że nasi koledzy po fachu zginęli, że znów Malesian, ale przede wszystkim zaparło nam dech w piersiach, bo MY właśnie lecieliśmy nad Ukrainą. Nasz kapitan przyznał potem, że przez moment nawet obok tamtego rejsu. To mogliśmy być my. Dopiero później na podstawie własnego dochodzenia, doszłam do tego, że owszem lecieliśmy na Ukrainą, ale nie nad tą częścią, która stanowi największe zagrożenie. Nie zmienia to jednak emocji, które temu towarzyszą.

Warsaw by night. Zauroczyło mnie to miejsce
Nasza linia lotnicza, po tym wydarzeniu, ze skutkiem natychmiastowym, zawiesiła loty do Kijowa a wszelkie rejsy, które choćby w najmniejszym stopniu zahaczały o Ukrainę, zmieniły trasę.

Świat jest niebezpiecznym miejscem, mam jeszcze kilka innych mrożących krew w żyłach historii, które dzięki Bogu nie stały się moim udziałem. Przypomina mi to jednak o niebezpieczeństwie jakie niesie ze sobą nasza praca i uczy mnie wdzięczności i pokory.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Warszawa, czyli prawie jak w domu

Ostatnio zapytał mnie ktoś o symbol Warszawy. Oto mój typ.
Dołączając do tej firmy, ponad dwa lata temu, moja fascynacja światem była na tyle duża, że nie do pomyślenia było, abym mogąc prosić o jakieś loty, prosiła o Warszawę. Słyszałam plotki o osobach, które proszą w tzw. bidach, czyli potocznie prośbach grafikowych, o swoje domowe kierunki. Jednak, jeszcze do niedawna, było to dla mnie absurdem. Prawda jest taka, że z czasem zmienia się światopogląd.

Nasz system próśb grafikowych jest dość skomplikowany. W końcu jest nas 18 000, a rekrutacja nowych trwa nieustanie. Siłą rzeczy, przy takiej liczbie pracowników, nie da się wszystkich co miesiąc uszczęśliwić. W naszym slangu cały ten proces potocznie nazywamy bidowaniem. W dużym skrócie, sprowadza się to do podziału całej załogi na 7 grup. Dodatkowo wszystkie grupy ustawione są kolejno w piramidkę, na jej dole, jest tzw. rezerwa, czyli dana grupa nie dostaje w ogóle grafików. Z dnia na dzień dowiadują się co będą robić. Na szczycie, jest tzw. Top Bid, czyli wyczekany okres wszystkich, to właśnie wtedy, masz największe szanse dostać to, o co poprosisz. Co miesiąc grupy przesuwają się o jeden szczebelek.

Największe sukcesy w bidowaniu odnosi się, gdy grupa jest na szczycie, ewentualnie druga w kolejności. Oczywiście to nie jedyny haczyk w całej tej zabawie. Sukces warunkują też lata spędzone w tej firmie, czyli potocznie zwane seniority. Im dłużej jesteś w firmie, tym masz nadany niższy numerek, a im niższy numerek tym większe pierwszeństwo we wszystkim. Poza tym, że trzeba wiedzieć jak i o co bidować, ale to już długa i nudna historia. Za dużo przepisów, taktycznych zagrywek i tajnych trików na oszukanie systemu. Generalnie, cały proces jest dość skomplikowany i zawiły, dlatego też dostać to co się chce, to nie taka prosta sprawa. Wymaga małpiej zręczności. Mimo wszystko, zdarza się, że się udaje. Czasami tylko raz albo dwa razy w ciągu 7mio miesięcznego cyklu, ale lepsze to niż nic. Często też system usiłuje Cię dodatkowo uszczęśliwić, dlatego dostajesz bidowany rejs więcej niż raz. Tak też było w moim przypadku. Dostałam, farciarz, dwie Warszawy.

Nowe warszawskie trendy. Jeszcze nie Amsterdam, ale idzie w dobrym kierunku.

Na początku swojej kariery w lataniu myślałam, że nie warto marnować bidów na wyjazdy do domu. Jest tyle fascynujących miejsc. Po jakimś czasie, jednak,  dochodzisz do momentu, w którym nie ważne jest zwiedzanie, ważne są pierogi, schabowy, rodzice i normalna letnia, słoneczna pogoda.

Jak się pewnie orientujecie teraz w Dubaju temperatura nie spada poniżej 35 stopni.  Nie wspominając już nawet o tym, że nie dawno skończył się Ramadan i wszystko było pozamykane. Człowiek niczym w więzieniu siedział w domu i czekał do zachodu słońca, żeby sens miało jakiekolwiek wychodzenie. Nie to co w Europie, tam, teraz  siedzenie na zewnątrz jest cudowne. Nawet jeśli macie ostatnio trochę upałów w Polsce, to gwarantuje Wam, że są mimo wszystko są łatwiejsze do zniesienia. Wszystko za sprawą niesamowitej wilgotności powietrza, którą tutaj mamy. Niewyobrażalnie potęguje skwar.

Podczas mojej pierwszej Warszawki, odwiedziła mnie rodzinka. Od razu poszliśmy na schabowego i marchewkę z groszkiem, zupę pomidorową, a na deser pierogi z jagodami. Poezja!!
Oczywiście nie w jakiś wykwintnej restauracji, tylko w moim ulubionym barze mlecznym Bambino. Dlaczego ulubiony? Bo jest blisko hotelu i ma wszystko czego mi trzeba. To nic, że czasami w kolejce trzeba czekać 30 min. Jedzonko jest tego warte.

Tak na prawdę, przy tej pierwszej wizycie w Warszawie, po raz pierwszy ją tak na prawdę zwiedzałam. Wstyd się przyznać, ale tak było. Pierwsza wizyta na starówce, w Łazienkach. Śliczna ta nasza Warszawka. Na koniec spaceru wciągnęłam jeszcze dwie miseczki rosołu. Wyśmienity był.

Nie rozumiem, co ludzie mają do tej tęczy. Urocza jest.
Pogoda dopisała, więc za żadne skarby nie chciałam wracać do hotelu. Wszyscy już mieli dosyć, a ja uparcie ciągnęłam ich dalej. Delektowałam się pogodą. Świeżym i lekkim, a nie zatęchłym jak w Dubaju, powietrzem.
 
Przypłaciłam to jednak trochę zdrowiem, jestem alergikiem i mnie wieczorem dopadło. Myślałam, że głowie mi urwie. Zaaferowana wyjazdem, zupełnie o tym nie pomyślałam. W Dubaju nie mam tego problemu, tu nic nie pyli. Co niby miałoby pylić?  Piach na pustyni?
Wszystko było do wytrzymania, dopóki nie zaczęliśmy podchodzić do lądowania, już w drodze powrotnej do Dubaju. Nie polecam lądowania z zatkanym nosem, ból jest nie do opisania.

Następnego dnia poszłam do przychodni i diagnoza była taka jak się spodziewałam - zablokowało mi uszy. Jest to najbardziej niebezpieczna i zarazem najczęstsza choroba wśród personelu pokładowego. Zostałam uziemiona na prawie tydzień. Motywację do zdrowienia miałam dużą. Przez uszy przepadł mi jeden z dwóch Waszyngtonów, ale to nic. Najważniejsze było, żeby nie przepadła mi kolejna Warszawa.

Udało się, tym razem się zabezpieczyłam i wzięłam leki. Już tydzień przed zaczęłam je brać, tak na wszelki wypadek. Tym razem nic mi nie było, tzn, nic poważnego. Kichania i prychania to już nawet nie liczę, takie od czasu do czasu kręcenie w nosie to już nie sensacja.

Znalezione w zakamarkach Warszawskich ulic.
Tym razem plany na Warszawę, były równie ambitne. Jeden kolega, z obecnej pracy, rdzenny Warszawiak, był akurat na urlopie w domu, więc  trzeba było się spotkać. A wieczorem, inny kolega, mniej rdzenny, ale też już Warszawiak, przeciągnął nas po całym śródmieściu. Rewelacja.

Wisienką na torcie był fakt, że spotkałam się w stolicy także z Mateuszem, pierwszy raz od tygodnia.  Kilka dni wcześniej pojechał do domu odwiedzić rodziców. Pasowało mu wracać do Dubaju rejsem, który ja operowałam, więc po prostu przyjechał dzień wcześniej. Poza spotkaniami towarzyskimi, mieliśmy w Warszawie jeszcze inną sprawę do załatwienia, dlatego po prostu idealnie się wszystko poskładało.

Uwaga Zagrożenie. Do tej pory nie doszłam jakie.
Oczywiście napięty grafik nie powstrzymał mnie od wizyty w Bambino. Nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała. Tym razem też zwiedzaliśmy Warszawkę, ale bardziej swojsko, mniej turystycznie. Przebiegliśmy śródmieście w dłuż i wszerz, znów pogoda dopisała więc żal było chować się w knajpach. Piwko tu, piwko tam. Wszędzie było wyraźnie widać, że mamy wakacje. Tłumów młodzieży nie dało się nie zauważyć.
Do myślenia  po tych wycieczkach dały mi dwa spostrzeżenia.
1. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. W lipcu miałam dwie Warszawy, poza tym 5 dni wolnego, które wykorzystałam na wizytę w Trójmieście. Ale wiecie co?  Ciągle mi mało.
Latem, chyba tęskni się bardziej. Pogoda w Polsce jest lepsza. Świeże owoce, letnie wypady, ech. A u nas skwar nieziemski, nawet pies z kulawa nogą do nas nie zagląda, a do tego Ramadan. Zimą jest jakoś łatwiej. To nam wszyscy zazdroszczą pogody i co chwilę mamy jakiś gości.


Druga kwestia, to zmieniające się z czasem priorytety. Na początku mając swój tzw. top bid, bidowałam np. o 3 dniowy Hongkong. Wtedy też dostałam dwa, to były małe wakacje. A znajomości wtedy zawarte utrzymuje do teraz. Fakt, że takich rejsów już nie ma, ale fascynujące jest jak z czasem zmienia się perspektywa. Podróżowanie okazuje się też można przedawkować. A wtedy atrakcyjna staje się Warszawa, która mimo, że daleko od Gdyni, Trójmiasta, które są moim prawdziwym domem, jest jak dom. Wystarczy, że można zjeść coś normalnego, porozmawiać normalnie i spotkać się z ludźmi, na których nam najbardziej zależy.  Nie ma zbyt wielu Hindusów, czy Arabów, ludzie wyglądają i zachowują się w miarę normalnie. Nie, żebym była jakąś rasistką, ale ciągnie swój do swego. Inna sprawa, że o mentalności niektórych narodowości można książki pisać. Nie wiadomo jak niezależni i światowi byśmy nie byli, to dom będzie chyba zawsze w Polsce.








wtorek, 18 marca 2014

Praga, czyli prawie jak w domu



Kolejnym miejscem, na mapie naszych wspólnych podróży, jest Praga. Wszystko wyszło dość spontaniczne. Namotali mi w grafiku. W  rezultacie, w przeddzień Mateusza lotu do Pragi, zorientowaliśmy się, że przecież mogę lecieć z nim. Mam dni wolne, więc zamiast siedzieć sama w domu, mogę przefrunąć się do Pragi. Był tylko jeden haczyk. Dostać się na lot do Pragi. Ekonomia była przebukowana, ale biznes pusty. I tak będą musieli upgradować (patrz: słowniczek) pasażerów. Udało się, zajęłam jedno z ostatnich wolnych miejsc. Powrót to już była bułka z masłem, lot był w połowie pusty. 


W takiej sytuacji aż szkoda nie próbować. Najwyżej nie polecę i zostanę w Dubaju. Ryzyko praktycznie żadne, a ile może być frajdy.  Co innego jeśli sytuacja jest odwrotna, czyli z miejscami na powrót jest krucho. Wtedy powrót na czas stoi pod znakiem zapytania. A my mam tendencje do brania ostatniego połączenia, które pozwala nam zdążyć na czas do pracy. Jak gdzieś się wybieramy, to chcemy zawsze maksymalnie wykorzystać czas. No cóż, wstyd się przyznać, ale dla nas samoloty to już trochę jak autobusy :P. Co zrobić, taka praca. :P

Swoją drogą wszystkie kraje Półwyspu Arabskiego mają to do siebie, że jeśli chcesz się stąd wydostać, to tylko samolotem. Autem możesz pojeździć, co najwyżej,  po Półwyspie, ale to wszystko. Syria, Iran i Irak skutecznie odcinają nas od świata. Swoją drogą, sam przejazd przez Arabię Saudyjską, nie jest łatwy. Zwłaszcza dla kobiety. Pomijając już, oczywiste, kwestie wizowe, to żadna kobieta nie może wjechać do Arabii bez swojego prawnego MĘSKIEGO opiekuna. Jestem mężatką, więc moim opiekunem byłby Mateusz, jednak jeśli jesteś panną, to powinien to być brat albo ojciec. Nie wiem, jak oni to sprawdzają, ale znając arabów na pewno da się to jakoś obejść. Niestety, na razie nie wiem jak.

Z ciekawości wrzuciłam trasę Dubaj – Gdynia na Google Maps, raptem 65h. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że trasa prowadzi przez Basrę i tuż koło Bagdadu, a dalej nie jest łatwiej, bo  przez Syrię. Jeśli uda Ci się przeżyć ten odcinek, to dalej już jest z górki, piękna Turcja, Bułgaria, Serbia, Słowacja, Czechy i caaała Polska. Nie wiem jak wy, ja lubię przygody, ale zdecydowanie mniejszego kalibru. Bez narażenia życia, w aż tak oczywisty sposób. Dlatego zawsze wybieram połączenie samolotowe, które trwa, bagatela, 60 godzin mniej. I zaoszczędza mi wielu bombowych atrakcji.

 Wracając do Pragi…

 
Praga może wydawać się mało atrakcyjna, mało egzotyczna,  ale my nie wybrzydzamy. Jak możemy pozwiedzać razem to zwiedzamy co się da. Staramy się wykorzystać, dosłownie, każdą okazję.
A tym razem szczęście dopisało, pogoda trafiła nam się rewelacyjna. Słoneczko bajecznie przygrzewało. Wiosna pełną gębą. Od razu po przylocie ruszyliśmy w miasto. Głód doskwierał nam niesamowicie, więc jak tylko wysiedliśmy z metra, poszliśmy jeść. Oczywiście, kuchnia regionalna, czyli prawie jak domowa… Prawie!



Ja zjadłam rosołek i sznycla z ziemniaczkami, czyli po naszemu schabowego. Aż mi się uszy trzęsły. Pyszne było. Natomiast Mateusz barszcz ukraiński i  knedliczki. I tu pojawia się podróżnicza anegdota. Z kategorii: dokładność angielskich tłumaczeń, lub jak kto woli bogactwo języka angielskiego.  Co znaczy z angielskiego słówko dumplings?? Otóż, zależy kto i gdzie tłumaczy. Tłumaczone przez Polaka, albo przynajmniej w polskim kontekście, oznacza nasze (przynajmniej moje) ukochane pierogi. Gdzie jest haczyk? W czeskim kontekście.  
Dumplings, tłumaczone w Pradze, oznacza knedliczki. Pewnie większość z Was była u naszego południowego sąsiada i wie, że kendliczki  to, z mojego punktu widzenia, bułka moczona w mleku. Może ktoś zna bardziej wyszukany opis. W każdym razie czeskie dumplings, mają się  baaardzo daleko, do naszych pierogów, choć tłumaczenie identyczne.

Pojedli, popili, oczywiście lokalne piwko i poszli dalej.

Zwiedzanie to obowiązkowy Most Karola, Stare Miasto i rynek, czyli wszystko to każdy powinien zobaczyć. Pogoda nam dopisywała więc spacerowaliśmy wystawiając mordki do słońca i  napawając  się chwilą. Przede wszystkim wiosenną pogodą.

Pewnie zastanawiacie się, jak my możemy się jeszcze cieszyć słońcem. Przecież w Dubaju mamy słońce non stop. Zdradzę wam sekret. Słońce tu i tam to jak to mówią Hindusi: same, same, but different, czyli w wolnym tłumaczeniu takie samo, ale inne. Powietrze tutaj i tam, natężenie tego słońca, a co za tym idzie, temperatura, to zupełnie nie to samo. Reasumując słońce w Europie, jak już jest, to jest dużo przyjemniejsze.




Pragę pewnie większość z Was, lepiej lub bardziej, ale zna. Jak powiem, że jest urocza to dla nikogo Ameryki nie odkryję. To miasto ma duszę, czego nie można powiedzieć o Dubaju, ale to temat na osobnego posta.  Jednak jest kilka elementów, które dla nas, emigrantów, mają dużo większe znaczenie niż dla Was. Wszystko kręci się, oczywiście, wokół jedzenia. Tym razem furorę zrobiła zwykła kajzerka i Jogobella.

 
Mała rzecz, a cieszy. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką frajdę nam sprawił widok kajzerki na hotelowym śniadaniu. Mateusz się ze mnie śmiał, jak jedząc górę, odrywałam kawałki, dokładnie wg kajzerkowego wycięcia.  Ech… ślinka mi cieknie na samą myśl. U nas niby pieczywo jest okey. Można znaleźć dobry chleb, choć trzeba wiedzieć gdzie szukać, ale świeża kajzerka to po prostu poezja.
Oczywiście, konieczne musieliśmy skoczyć na jakieś zakupy, zwykłe spożywcze, nic nadzwyczajnego. O tym, że owoce i warzywa są wszędzie dużo smaczniejsze niż w Dubaju, pewnie będę wam opowiadać, jeszcze nie raz, ale to co się działo jak zobaczyliśmy Jogobelle na półkach, to był jakiś obłęd.  Tak się składa, że Jogobella to zawsze były ulubione jogurty Mateusza. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, a w Dubaju niestety takich rarytasów brak. Ciąg dalszy amoku nastąpił, jak doszliśmy do półek z pieczywem, ech. Kupiliśmy dwa wielkie bochenki białego i ciemnego chleba, z założeniem, że je zamrozimy. We dwoje nie bylibyśmy ich wstanie zjeść zanim sczerstwieją, choć muszę przyznać, że oczy bardzo chciały. Chlebki pokrojone na części, leżą sobie w zamrażarce. Jak w planach mamy wspólne śniadanie, to sobie kawałek rozmrażamy i wtedy życie staje się jeszcze piękniejsze. Z całym szacunkiem, ale co Wy możecie o tym wiedzieć. :P

Poczucie - prawie jak w domu, potęgowały też wszechobecne reklamy Reserve.





Było też, jednak, kilka rzeczy, które nas zaskoczyły. Idąc do sklepu mijaliśmy cmentarz. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na cmentarzu był posterunek policji. U nas też jest wandalizm na cmentarzach, ale żeby wymagało to, aż takiej ochrony, to na szczęście nie.

Natomiast w metrze sprawdził nas kanar, a właściwie na dworcu. Tam, kanary nie wsiadają do metra. Warszawskim metrem nigdy nie jeździłam, może też tak jest, a ja o tym nie wiem. Jednak mnie to zaskoczyło. W Trójmieście, kanary wsiadają do trolejbusów, czy SKMki. Ba, wręcz stają w drzwiach, bo ludzie próbują uciec. A tam, ta drobna kobietka w średnim wieku, która nas sprawdzała, wprawdzie stała w obstawie, ale ucieczka na tym korytarzu była dość prosta. Wystarczyło, chociażby pojechać stacje dalej. Czyżby Czesi nie jeździli na gapę?? Tylko wtedy po co kanar?

















czwartek, 13 lutego 2014

Mediolan i Werona


Duomo
         

Rok 2013 zakończyliśmy w takim stylu, że na samo wspomnienie ciągle jeszcze pyszczek mi się śmieje.
           
Jak na razie to była nasza najbardziej szalona podróż, spontaniczna, egzotyczna – w naszym tego słowa znaczeniu -  wymarzona i niegdyś nierealna. To wszystko sprawiło, że była ekscytująca do granic wytrzymałości. Kapsztad, Singapur, Bangkok czy Indie, które do tej pory udało nam się razem zwiedzić były rewelacyjne, ale żadna nawet się do tej, nie umywa.

Mediolan.  Taka sobie kolejeczka. Nie jestem pewna co to za miejsce, ale jak widać popularne :)



Weinnacht market po włosku :)

Na koniec roku dostałam swój wymarzony rejs Mediolan – Nowy York. Najpierw spędzamy 48h w Mediolanie, potem 24h w NYC i powrót do Mediolanu na kolejne 24h. Już to zapowiadało się dla mnie ekscytująco. Sylwester w Mediolanie, czego chcieć więcej od życia. No, może towarzystwa męża, ale nie można mieć wszystkiego :P








Ruszałam z Dubaju zaraz po świętach, a Mateusz tego dnia, z samego rana, wrócił z Singapuru. Przepakował się i dawaj dalej -  na mój lot do Mediolanu. Zyskaliśmy tym samym kolejny dzień. A Mateusz miał w zanadrzu jeszcze 4 wolne dni.
  
Zaraz po przylocie do Mediolanu ruszyliśmy w miasto. Duomo to był obowiązek. Romantyczny spacer po mieście. Kolacja – koniecznie ravioli i pizza. Klimat Bożego Narodzenia był jeszcze wszędzie obecny. Choinki, światełka - wszystko to dawało niezapomnianą atmosferę. Załapaliśmy się nawet na Weinachstmarket w wydaniu włoskim.


 

Następnego dnia w planach mieliśmy Weronę. Pyszne śniadanko w hotelu i w drogę. Pogoda dopisała nam rewelacyjnie, słoneczko przygrzewało cały czas. Podróż pociągiem zajęła nam kilka godzin i wtedy właśnie powstał jeden z poprzednich postów.


A na mecie Werona… ech… no prześliczna oczywiście. 

Sami zobaczcie...





Panorama głownego placu



Hindusi. czytaj mieszkańcy Indi, są wszędzie.
WŁOSI :P



   

Najbardziej urzekły mnie lokalne restauracje. Wszystkie miały wciąż otwarte ogródki. To był grudzień a wszyscy ludzie siedzieli na dworze i … uwaga! bez kurtek :P Fakt, że grzejniki chodziły pełną parą, ale robiło to niesamowite wrażenie. Oczywiście nie omieszkaliśmy skorzystać. Obowiązkowo pizza, nie było wyjścia ani wątpliwości. Siedząc na głównym placu, zajadając się pysznościami wpadł nam do głowy pewien pomysł, który miał wywrócić wszystko do góry nogami, a w zamian dać nam legendarne zakończenie roku. Takie, o którym wnuki naszych wnuków będą dzieciom opowiadać.


















 A tymczasem zacznę jednak od Werony – miasta miłości.
  
Z czego słynie Werona? Oczywiście z Szekspirowskiej tragedii, czyli Romea i Juli.


Dlatego w Weronie, obowiązkowo, trzeba zobaczyć Dom Julii. To nic, że ona tam nigdy nie mieszkała, a sam balkon powstał na początku XX w. To zupełnie nie ma znaczenia jak jesteś w Weronie :P Całe miasto żyje tą miłosną historią i nikt takimi szczegółami sobie głowy nie zawraca. :P


Pod balkonem stoi pomnik Juli. Potarcie prawej piersi przynosi szczęście w miłości. Nie trudno się domyślić, że kolejka Panów była spora. Na szczęście nie jestem na tyle naiwna, żeby uwierzyć, że mężczyźni zrobili się nagle tacy romantyczni i walczą o szczęśliwą miłość. Chyba nie ma wątpliwości, że pomacanie cycka na szczytny cel to marzenie każdego faceta :P  Mateusz tez nie mógł sobie odmówić. Bajki, że to dla naszej szczęśliwej miłości, oczywiście nie kupiłam :P, ale zdjęcie zrobiłam.    

 







Dookoła pomnika, na pierwszy rzut oka widać wielką kratę pełna  kłódek. Idea jest taka jak w Paryżu, czy we Wrocławiu, wszędzie chodzi o wieczną miłości i wyrzucenie kluczyka. Oczywiście jeśli ktoś jest nie przygotowany zaraz obok znajduje się sklep z pamiątkami, gdzie kłódek jest cała masa. Co nas zaszokowało za pomnikiem, obok kraty,  na ścianie,  było pełno przyklejonych gum do żucia - zużytych oczywiście. Właściciele nie kwapili się, żeby zachować anonimowość, większość z nich została podpisana. Na to niestety, żadnego wyjaśnienia się już nie doczytałam :P


Kłódki to rozumiem...
... ale gumy do żucia???
 

Balkon Julii znajduje się na dziedzińcu kamienicy. Prowadzi do niego brama, na której ścianach można wypisywać wyznania miłosne. Specjalnie w tym celu ściana została pomalowana na biało. Kiedyś były tu listy do Juli, teraz to już tylko wyznania miłosne. Oczywiście swój podpis też złożyliśmy, a co.













Jeśli ktoś z Was wybiera się do Werony to  koniecznie musicie dojść do rzeki. Widoki z mostów są niesamowite, zapierają dech w  piersiach. Oczywiście wszelkie zakamarki i najwęższe uliczki tez stanowią atrakcję turystyczną. Klimat niepowtarzalny. 

Cały dzień szlajaliśmy się po mieście, ale nie będę ściemniać, nasze rozmowy zdominował jeden temat, szalony pomysł na który wpadliśmy przy pizzy. 



Pierwotny plan był takie, że następnego dnia mieliśmy się rozjechać – Mateusz z  powrotem do Dubaju, a ja do NYC. 

A gdyby tak pojechać w jednym kierunku, w końcu Mateusz ma jeszcze dwa dni wolnego. 

Do pociągu mieliśmy jeszcze ponad godzinę, widzieliśmy już wszystko co planowaliśmy i jeszcze więcej, więc usiedliśmy na rozgrzewającą  herbatkę.

 Zabraliśmy się też wtedy  za realizację naszego szalonego pomysłu, który wymagał przemyślenia i rzetelnego sprawdzenia dostępnych możliwości. 


 

Dolecenie do Nowego Yorku nie stanowiło problemu, ale powrót to już zupełnie inna kwestia.


Werona by night

















Zapaliliśmy się do tego pomysłu, ale trzeba było spojrzeć w oczy faktom. Mateusz musi jakoś wrócić do Dubaju na 1go rano, czyli  na swój lot do Wiednia. Lot do NYC ze mną był pusty, więc ten etap podróży nie stanowił problemu, ale jak wrócić na czas taki kawał drogi?

Loty bezpośrednie były overbooked (patrz: słowniczek) prawie o 90, czyli  szans na standby (patrz: słowniczek) zupełnie żadnych.  Lot, który ja operowałam tez odpadał. Zostały nam Air France i KLM. Decyzja nie była łatwa, ryzyko nie małe,  ale bez wątpliwości słuszna. LECIMY RAZEM. Mateusz wróci przez Paryż. Będzie miał 5h drzemki i poleci do Wiednia, się wyspać :P Zobaczymy RAZEM Nowy York …  
  
Adrenalina i podekscytowanie było niewyobrażalne. Dla takich chwil warto żyć :P






Na skuterku można śmigac cały rok, trzeba się tylko dobrze przygotować.