wtorek, 5 sierpnia 2014

Warszawa, czyli prawie jak w domu

Ostatnio zapytał mnie ktoś o symbol Warszawy. Oto mój typ.
Dołączając do tej firmy, ponad dwa lata temu, moja fascynacja światem była na tyle duża, że nie do pomyślenia było, abym mogąc prosić o jakieś loty, prosiła o Warszawę. Słyszałam plotki o osobach, które proszą w tzw. bidach, czyli potocznie prośbach grafikowych, o swoje domowe kierunki. Jednak, jeszcze do niedawna, było to dla mnie absurdem. Prawda jest taka, że z czasem zmienia się światopogląd.

Nasz system próśb grafikowych jest dość skomplikowany. W końcu jest nas 18 000, a rekrutacja nowych trwa nieustanie. Siłą rzeczy, przy takiej liczbie pracowników, nie da się wszystkich co miesiąc uszczęśliwić. W naszym slangu cały ten proces potocznie nazywamy bidowaniem. W dużym skrócie, sprowadza się to do podziału całej załogi na 7 grup. Dodatkowo wszystkie grupy ustawione są kolejno w piramidkę, na jej dole, jest tzw. rezerwa, czyli dana grupa nie dostaje w ogóle grafików. Z dnia na dzień dowiadują się co będą robić. Na szczycie, jest tzw. Top Bid, czyli wyczekany okres wszystkich, to właśnie wtedy, masz największe szanse dostać to, o co poprosisz. Co miesiąc grupy przesuwają się o jeden szczebelek.

Największe sukcesy w bidowaniu odnosi się, gdy grupa jest na szczycie, ewentualnie druga w kolejności. Oczywiście to nie jedyny haczyk w całej tej zabawie. Sukces warunkują też lata spędzone w tej firmie, czyli potocznie zwane seniority. Im dłużej jesteś w firmie, tym masz nadany niższy numerek, a im niższy numerek tym większe pierwszeństwo we wszystkim. Poza tym, że trzeba wiedzieć jak i o co bidować, ale to już długa i nudna historia. Za dużo przepisów, taktycznych zagrywek i tajnych trików na oszukanie systemu. Generalnie, cały proces jest dość skomplikowany i zawiły, dlatego też dostać to co się chce, to nie taka prosta sprawa. Wymaga małpiej zręczności. Mimo wszystko, zdarza się, że się udaje. Czasami tylko raz albo dwa razy w ciągu 7mio miesięcznego cyklu, ale lepsze to niż nic. Często też system usiłuje Cię dodatkowo uszczęśliwić, dlatego dostajesz bidowany rejs więcej niż raz. Tak też było w moim przypadku. Dostałam, farciarz, dwie Warszawy.

Nowe warszawskie trendy. Jeszcze nie Amsterdam, ale idzie w dobrym kierunku.

Na początku swojej kariery w lataniu myślałam, że nie warto marnować bidów na wyjazdy do domu. Jest tyle fascynujących miejsc. Po jakimś czasie, jednak,  dochodzisz do momentu, w którym nie ważne jest zwiedzanie, ważne są pierogi, schabowy, rodzice i normalna letnia, słoneczna pogoda.

Jak się pewnie orientujecie teraz w Dubaju temperatura nie spada poniżej 35 stopni.  Nie wspominając już nawet o tym, że nie dawno skończył się Ramadan i wszystko było pozamykane. Człowiek niczym w więzieniu siedział w domu i czekał do zachodu słońca, żeby sens miało jakiekolwiek wychodzenie. Nie to co w Europie, tam, teraz  siedzenie na zewnątrz jest cudowne. Nawet jeśli macie ostatnio trochę upałów w Polsce, to gwarantuje Wam, że są mimo wszystko są łatwiejsze do zniesienia. Wszystko za sprawą niesamowitej wilgotności powietrza, którą tutaj mamy. Niewyobrażalnie potęguje skwar.

Podczas mojej pierwszej Warszawki, odwiedziła mnie rodzinka. Od razu poszliśmy na schabowego i marchewkę z groszkiem, zupę pomidorową, a na deser pierogi z jagodami. Poezja!!
Oczywiście nie w jakiś wykwintnej restauracji, tylko w moim ulubionym barze mlecznym Bambino. Dlaczego ulubiony? Bo jest blisko hotelu i ma wszystko czego mi trzeba. To nic, że czasami w kolejce trzeba czekać 30 min. Jedzonko jest tego warte.

Tak na prawdę, przy tej pierwszej wizycie w Warszawie, po raz pierwszy ją tak na prawdę zwiedzałam. Wstyd się przyznać, ale tak było. Pierwsza wizyta na starówce, w Łazienkach. Śliczna ta nasza Warszawka. Na koniec spaceru wciągnęłam jeszcze dwie miseczki rosołu. Wyśmienity był.

Nie rozumiem, co ludzie mają do tej tęczy. Urocza jest.
Pogoda dopisała, więc za żadne skarby nie chciałam wracać do hotelu. Wszyscy już mieli dosyć, a ja uparcie ciągnęłam ich dalej. Delektowałam się pogodą. Świeżym i lekkim, a nie zatęchłym jak w Dubaju, powietrzem.
 
Przypłaciłam to jednak trochę zdrowiem, jestem alergikiem i mnie wieczorem dopadło. Myślałam, że głowie mi urwie. Zaaferowana wyjazdem, zupełnie o tym nie pomyślałam. W Dubaju nie mam tego problemu, tu nic nie pyli. Co niby miałoby pylić?  Piach na pustyni?
Wszystko było do wytrzymania, dopóki nie zaczęliśmy podchodzić do lądowania, już w drodze powrotnej do Dubaju. Nie polecam lądowania z zatkanym nosem, ból jest nie do opisania.

Następnego dnia poszłam do przychodni i diagnoza była taka jak się spodziewałam - zablokowało mi uszy. Jest to najbardziej niebezpieczna i zarazem najczęstsza choroba wśród personelu pokładowego. Zostałam uziemiona na prawie tydzień. Motywację do zdrowienia miałam dużą. Przez uszy przepadł mi jeden z dwóch Waszyngtonów, ale to nic. Najważniejsze było, żeby nie przepadła mi kolejna Warszawa.

Udało się, tym razem się zabezpieczyłam i wzięłam leki. Już tydzień przed zaczęłam je brać, tak na wszelki wypadek. Tym razem nic mi nie było, tzn, nic poważnego. Kichania i prychania to już nawet nie liczę, takie od czasu do czasu kręcenie w nosie to już nie sensacja.

Znalezione w zakamarkach Warszawskich ulic.
Tym razem plany na Warszawę, były równie ambitne. Jeden kolega, z obecnej pracy, rdzenny Warszawiak, był akurat na urlopie w domu, więc  trzeba było się spotkać. A wieczorem, inny kolega, mniej rdzenny, ale też już Warszawiak, przeciągnął nas po całym śródmieściu. Rewelacja.

Wisienką na torcie był fakt, że spotkałam się w stolicy także z Mateuszem, pierwszy raz od tygodnia.  Kilka dni wcześniej pojechał do domu odwiedzić rodziców. Pasowało mu wracać do Dubaju rejsem, który ja operowałam, więc po prostu przyjechał dzień wcześniej. Poza spotkaniami towarzyskimi, mieliśmy w Warszawie jeszcze inną sprawę do załatwienia, dlatego po prostu idealnie się wszystko poskładało.

Uwaga Zagrożenie. Do tej pory nie doszłam jakie.
Oczywiście napięty grafik nie powstrzymał mnie od wizyty w Bambino. Nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała. Tym razem też zwiedzaliśmy Warszawkę, ale bardziej swojsko, mniej turystycznie. Przebiegliśmy śródmieście w dłuż i wszerz, znów pogoda dopisała więc żal było chować się w knajpach. Piwko tu, piwko tam. Wszędzie było wyraźnie widać, że mamy wakacje. Tłumów młodzieży nie dało się nie zauważyć.
Do myślenia  po tych wycieczkach dały mi dwa spostrzeżenia.
1. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. W lipcu miałam dwie Warszawy, poza tym 5 dni wolnego, które wykorzystałam na wizytę w Trójmieście. Ale wiecie co?  Ciągle mi mało.
Latem, chyba tęskni się bardziej. Pogoda w Polsce jest lepsza. Świeże owoce, letnie wypady, ech. A u nas skwar nieziemski, nawet pies z kulawa nogą do nas nie zagląda, a do tego Ramadan. Zimą jest jakoś łatwiej. To nam wszyscy zazdroszczą pogody i co chwilę mamy jakiś gości.


Druga kwestia, to zmieniające się z czasem priorytety. Na początku mając swój tzw. top bid, bidowałam np. o 3 dniowy Hongkong. Wtedy też dostałam dwa, to były małe wakacje. A znajomości wtedy zawarte utrzymuje do teraz. Fakt, że takich rejsów już nie ma, ale fascynujące jest jak z czasem zmienia się perspektywa. Podróżowanie okazuje się też można przedawkować. A wtedy atrakcyjna staje się Warszawa, która mimo, że daleko od Gdyni, Trójmiasta, które są moim prawdziwym domem, jest jak dom. Wystarczy, że można zjeść coś normalnego, porozmawiać normalnie i spotkać się z ludźmi, na których nam najbardziej zależy.  Nie ma zbyt wielu Hindusów, czy Arabów, ludzie wyglądają i zachowują się w miarę normalnie. Nie, żebym była jakąś rasistką, ale ciągnie swój do swego. Inna sprawa, że o mentalności niektórych narodowości można książki pisać. Nie wiadomo jak niezależni i światowi byśmy nie byli, to dom będzie chyba zawsze w Polsce.








poniedziałek, 7 lipca 2014

Sunflower Student Movement, cz. 2

Czego tak na prawdę nauczyliśmy się w szkole?

Taką dyskusję, można by prowadzić bez końca. Ja jednak, chcę  dziś skupić, tylko na lekcjach historii. Co tak na prawdę wiemy z historii? Nie wiem jak Wy, ale ja chyba najlepiej pamiętam Starożytną Grecję, Rzym i Egipt. Później Średniowiecze i Renesans.

Chwila..., może to dlatego, że te epoki przerabiamy, na każdym etapie edukacji, z takim, niezrozumiałym dla mnie,  namaszczeniem. Z późniejszymi epokami,  już bywa różnie, o historii współczesnej już nie wspominając. Co wiecie, tylko ze szkoły, o Solidarności?? A takie nazwiska jak Gomułka, Mazowiecki?  Na moich lekcjach historii, chyba nigdy nie dotarliśmy dalej niż I Wojna Światowa.

Zbiłam Was wystarczająco z tropu, znów zastanawiacie się, co to ma do rzeczy, jaki to ma związek z Tajwanem. Mnie też zaskoczył ten związek.


Zacznę jednak od kilku anegdot, które w ciekawy sposób obrazują relacje chińsko - tajwańskie.

Trzeba przyznać, że swoją wiedzę czerpię z jednego, chińskiego źródła informacji, tj. kolega na pokładzie. Jednak to co mi opowiedział, wyraźnie pokazuje, jak te dwa państwa się uwielbiają. A właściwie, jak Tajwan broni się przed Chińczykami.

Każdy Chińczyk, który wpadnie na pomysł wyjazdu na Tajwan, musi mieć wizę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że są dwa rodzaje wiz, o które mogą się ubiegać. Podstawowa różnica: jedna jest realna do zdobycia, druga już niekoniecznie. Rodzaj wizy, o którą musisz się ubiegać, zależy od sposobu podroży, a dokładniej, od jej trasy. Jeśli Chińczyk, na prawdę, chce się dostać na Tajwan i załatwić sobie wizę w przystępny sposób, za względnie rozsądną cenę, nie może lecieć/płynąć na Tajwan bezpośrednio z Chin. Musi znaleźć takie rozwiązanie, które uwzględnia międzylądowanie w jakimś innym państwie. Absurdalne? Jak najbardziej.

 Do listy absurdów, tym razem z pokładu samolotu, dodam jeszcze, że jeśli na locie do Tajpeju spotkacie jakiegoś Azjatę, to możecie być pewni, że nie pochodzi z Państwa Środka. Na tym locie żaden członek załogi nie może mieć obywatelstwa Chińskiego. Zabraniają tego lokalne władze.

Czytając mojego bloga pewnie już wiecie, że my nie potrzebujemy wiz, a także, że bardzo łatwo się skompromitować myląc Tajwan z Tajpejem. Dla nas, potocznie Tajwan to Tajwan, ale z kart do lądowania, które każdy obcokrajowiec musi wypełnić, żeby przekroczyć granicę, dowiedziałam się, że pełna nazwa kraju to  Republika Chin (Tajwan). Jednak Tajwańczycy wszelkie powiązania z Chinami negują, wypierają się rękami i nogami. I właśnie o to był cały ten protest.
Z tego co udało mi się porozmawiać z uczestnikami protestu wszystko zaczęło się od tego, że panujący prezydent, wraz z rządem, podpisali kontrakt z Chinami, o ile dobrze zrozumiałam, na rozbudowę sieci kolejowej. Kontrakt ten bardzo zacieśnia relacje obu państw, a dodatkowo pozbawia pracy wielu Tajwańczyków. Młodzi nie mogli na to patrzeć bezczynnie. Wzięli sprawy w swoje ręce.

300 Studentów, przez ponad 3 tygodnie okupowało budynki legislacyjne. Z tego co się nieoficjalnie dowiedziałam wychodzili tylko raz dziennie, aby się umyć. Władze, już drugiego dnia protestu odcięły w budynkach dopływ wody i prądu.

Później z prasy, dowiedziałam się też, że cały protest zaczął się dokładnie 18 - tego Marca, a zakończył 10 - tego kwietnia. Właściwie zakończyła się tylko okupacja budynków. Protest, choć zszedł z ulic, podobno wciąż trwa.

Tłum, który w tym czasie,  gromadził się dookoła najważniejszych rządowych budynków był imponujący. Nie łatwo było mi znaleźć kogoś, kto mówi po angielsku, ale jak już znalazłam to przemaglowałam tą biedną dziewczynę. Wypytałam ją o wszystko i bardzo żałowałam, że nie miałam dyktafonu.
 
Kompromitujące dla mnie w tej rozmowie były trzy rzeczy:
1. Jak mało wiem o Tajwanie!
2. Ona więcej wiedziała o Polsce, niż ja o Tajwanie!
3 i najważniejsze. Ona więcej wiedziała o polskiej walce o niepodległość niż ja!

I tu wszystko staje się jasne. Powiązanie do polskiego systemu szkolnictwa, staje się oczywiste. BO właściwie, co ja wiem na ten temat ze szkoły? NIC!

Z lekcji historii wiem, dużo o wojnach perskich, o cesarstwie bizantyjskim i dynastiach Egipskich, ale współczesna historia? Na naszą najświeższą historię, zawsze było za mało czasu, czy to w liceum, czy gimnazjum. Nawet jeśli takie tematy w dzienniku widnieją, to tylko w dzienniku. Zazwyczaj był już wtedy czerwiec, więc zajęcia odbywały się już tylko w dzienniku. Wszystko co wiem o tym co się działo w trakcie II Wojny Światowej, czy późniejsze dzieje Polski, to wynik własnych poszukiwań, udziału w konkursach, kołach historycznych, albo zasługa rodziców i dziadków, którzy mnie uświadomili. Szkoła swoje zasługi może wymienić tylko w postaci wycieczek szkolnych, a właściwie, w moim przypadku jednej, w liceum do Częstochowy i Auschwitz. Prawda jest taka, że ostatnio o polskiej historii, więcej można się dowiedzieć, z kina niż ze szkoły. Ciekawe czy szkoły chociaż chodzą na takie filmy do kina. Wychodzi na to, że sporo swojej wiedzy zawdzięczam Andrzejowi Wajdzie, Antoniemu Krauze czy Pawłowi Choclewowi. Żenujące i kompromitujące dla polskiego systemu edukacji. Nie tak to powinno wyglądać. Wiedzę na te tematy powinna zapewnić mi szkoła, mogę ją poszerzać w taki sposób, ale nie zdobywać od zera. Zakładam, że ja i tak wiem całkiem sporo, pewnie więcej niż nie jeden mój rówieśnik. Interesowałam się tym, ciągnęłam rodziców i krewnych za języki. Do tego wychowywałam się w Trójmieście, gdzie wszystko to miało miejsce, a teraz przypominają o tym różne pomniki. Prawda jest też taka, że pierwszy raz na Westerplatte byłam mając 21 lat, na randce z obecnym mężem. Na szczęście mam też takich znajomych, którzy wiedzą dużo więcej niż ja.  Moja wiedza na te tematy jest chaotyczna, nieuporządkowana, zdobyta przypadkowo i z mojej wrodzonej ciekawości.

 
Rozmawiając na Tajwanie o ich sytuacji politycznej, dziewczyna wiedząc ze jesteśmy z Polski co chwile odnosiła się do Wałęsy i naszej historii. Ja w popłochu, z uporem maniaka, odbijałam piłeczkę, że my to było dawno, inne czasy, nie było nas obu wtedy na świecie, ale Ukraina i Majdan to co innego. Odbijałam piłeczkę jak opętana, bo prawda jest taka, że oczekiwała ode mnie wiedzy której nie miałam. Ja mogłam się wypowiadać o Ukrainie, bo wtedy wiedziałam więcej o Majdanie niż o Stoczni Gdańskiej, a honor nie pozwalał mi się do tego przyznać.

Oczywiście jak wróciłam do domu to zaczęłam studiować polską historię. Stan wojenny, Stocznia Gdańska, te hasła były dla mnie tylko sloganami, widziałam mniej więcej o co chodzi, ale raczej mniej niż więcej. Podróże kształcą, ale nie sadziłam, że będąc w Azji nauczę się historii mojego własnego kraju. Dodatkowo kompromitujący jest fakt, że pochodzę z miasta, regionu, gdzie wszystko to miało miejsce, gdzie kluczowe wydarzenie właśnie tutaj się odbywały, a ja co?? Muszę do Tajwanu wyjechać, żeby się ogarnąć i dowiedzieć, jak mało wiem o własnym podwórku.

wtorek, 17 czerwca 2014

Sunflower Student Movement, cz. 1

 
W polskich mediach, marzec i kwiecień, zostały zdominowane przez wydarzenia na Ukrainie. W dzisiejszych czasach, czyli w dobie globalizacji, samolotów i Internetu, problemy jednego państwa są problemami, przynajmniej, całego regionu. Jesteśmy ze sobą bardzo silnie powiązani ekonomicznie, gospodarczo i politycznie. Mała Ukraina spowodowała, że kilka państw europejskich i nie tylko, stanęło po przeciwnych stronach barykady. I choć Ukraińcy, początkowo  borykali się głównie z własną władzą, to w rezultacie zaangażowane są w to największe mocarstwa świata i wpływa to, w istotny sposób,  na światową politykę, ekonomię  i geografię. 

Pewnie myślicie teraz: Po co ona o tym pisze?  Miało być egzotycznie, podróżniczo. Nie po to tu zaglądam, żeby znów czytać o Ukrainie. Ile można?!

Mam rację? Przeszło Wam to przez myśl??  Otóż... nie oceniajcie książki po okładce.

Po co ja właściwie o tym pisze? Co to ma wspólnego z podróżami czy pracą na pokładzie samolotu? A już chyba najmniej, można to powiązać z życiem w kraju arabskim. Blog miał być fajny, egzotyczny i taki będzie. 

Nie zamierzam pisać o Ukrainie, może trochę, ale kontekst jest bardziej egzotyczny niż widać na pierwszy rzut oka.  Nie zdajecie sobie nawet sprawy ile Ukraina ma wspólnego z Tajwanem. 

 Co??   Jak??   Z Tajwanem??   Co mam piernik do wiatraka? 

Otóż okazuje się, że całkiem sporo.

Azja też ma swój Majdan, właśnie na Tajwanie.  

Zaskoczeni?!

Trudno się dziwić. Co my tak na prawdę wiemy o konfliktach w Azji Południowej czy Wschodniej? Zdecydowanie nie wiele/nic.

Plakaty znalezione na murach okolicznych budynków.
When dictatorship becomes reality revolution is our duty.
 Na Ukrainie, wszystko to dzieje się prawie na naszym podwórku, więc nic dziwnego, że nie mówi się o podobnych sytuacjach z drugiego końca świata. Jesteśmy na tyle skupieni na wydarzeniach z naszego środowiska, że zupełnie nie wiemy co się dzieje na drugim krańcu Eurazji.
Prawda jest też taka, że polskie media dość starannie wybierają informacje, które nam przekazują. Według moich obserwacji, skupiają się one głównie na sprawach, które mogą dotyczyć Polaków, choćby pośrednio.

 O ile mi wiadomo, konflikty najdalej oddalone od nas geograficznie, o których wspominają na co dzień polskie media, to Arabska Wiosna Ludów i Bliski Wschód, czyli wojna w Iraku, Afganistanie i Syrii. 

Nie jestem ekspertem, więc nie wiem z czego to wynika. Jednak, moim zdaniem, może mieć z tym coś wspólnego nasze i Amerykańskie zaangażowanie w te konflikty. Z drugiej strony,  niektóre z tych konfliktów, są zagrożeniem dla całego świata. Mam tutaj na myśli np. używaną w nich broń biologiczną, terroryzm ,albo widmo użycia broni atomowej. 

W przypadku Arabskiej Wiosny Ludów, chodziło pewnie o tysiące Polaków, którzy jeżdżą na wakacje  do Egiptu czy Tunezji. Egipt to przecież już polska tradycja. Każda szanująca się polska rodzina i taka, która ma odwagę i możliwości finansowe jechać na zagraniczne wakacje, obowiązkowo wybiera Egipt. Też byłam z rodzicami na takich wakacjach. Pierwsza zagraniczna wycieczka, pierwszy poważny lot samolotem. Zimą pojechaliśmy to ciepłych krajów. Meczety zamiast kościołów. Totalne szaleństwo za dość przystępna cenę. Wtedy myślałam, że bardziej egzotycznie to już chyba być nie może. Żarty, żartami, ale  jakby nie patrzeć, w jakiś sposób, te wewnętrzne zamieszki i konflikty,  pośrednio nas też dotyczą, choć na początku ta teoria może brzmieć trochę dziwnie.
Słoneczniki szybko stały się symbolem protestu.

 Trudno też oczekiwać, żeby przeciętny Kowalski był zainteresowany problemami Tajwanu, o ile w ogóle wie gdzie to małe, wyspiarskie państwo leży. Ja, gdybym osobiście nie wylądowała w samym środku tego protestu, w jego kulminacyjnym momencie, karmiona przez media tylko istotnymi informacjami, pewnie też bym nic nie widziała. 

Tym razem, zamierzam was uświadomić w problemach relacji chińsko – tajwańskiej, która do złudzenia przypomina relację Rosja – Ukraina.   Jakby się nad tym głębiej zastanowić to Rosja i Chiny mają całkiem nie mało wspólnego. Podobnie Ukraina i Tajwan, niegdyś zależne od innych mocarstw, teraz zmierzają ku demokracji. Jednak to nie taka prosta sprawa, oba te państwa mają dość ciężkie kłody rzucane pod nogi. Kłody te, rzuca im władza broniąc swoich racji, stołków i portfeli.

Z moich obserwacji, Ukraina ma tylko jedną zasadniczą przewagę nad Tajwanem - solidarności Unii Europejskiej i USA. Wiem, że w ogólnym rozrachunku, nikt nic nie zrobił, poza gadaniem oczywiście. Jednak o Tajwanie nawet się nie mówi. Tajwan nie ma do kogo się zwrócić o pomoc, chociażby tą moralną.  W swoim regionie Chiny nie mają równych przeciwników, a Tajwan walczy sam dla siebie. 

Właściwie, bardziej precyzyjne jest określenie, że walczą młodzi Tajwańczycy, którzy często muszą stawić czoła, nie tylko władzy, ale też swoim rodzicom, czyli starym Tajwańczykom, którzy boją się zmian.  

Protestująca młodzież
Paradoksalnie Ci młodzi ludzie, urodzeni po 1980 roku, jeszcze do niedawna uważani byli za pokolenie, które jest zbyt delikatne, żeby stawić czoła jakimkolwiek problemom. Nazywani są nawet The Strawberry Generation ( Pokolenie Truskawek). Truskawki są tutaj analogią delikatności.
Nie mniej jednak, Ci młodzi Tajwańczycy udowodnili ostatnio, w jak dużym błędzie są ich rodzice. Nie tylko dlatego, że używając nowoczesnych metod komunikacji, zorganizowali protest. Ale dlatego też, że ten protest, zwany jako Sunflower Student Movement (Słonecznikowy Ruch Studentów) pod wieloma względami, przeszedł najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim trwał dłużej niż ktokolwiek mógł przypuszczać, poza tym osiągnął więcej niż zakładano. Upór młodzieży, do tego poziom i sposób w jaki się zorganizowali, jest godny podziwu.




Byłam, widziałam, nawet udało mi się porozmawiać z jego uczestnikami. Imponujące.


Jak dotarliśmy do Tajwanu, nikt nie miał pojęcia co się dzieje ani dlaczego. Moja ciekawość nie dała mi jednak spokoju. Nie wiedziałam też, że właśnie tego dnia, władza pokaże swoje ponure oblicze, straci cierpliwość i będzie chciała siłą pokazać swoją rację. Tłum nie był uzbrojony. Pokojowo, choć uparcie chcieli wywalczyć swoje postulaty.  Na szczęście walki nie były tak krwawe jak na Ukraińskim Majdanie. Władza w Tajwanie nie posunęła się aż tak daleko.
c.d.n.


Następnego dnia dosłownie wszyscy czytali codzienną prasę.











wtorek, 3 czerwca 2014

Kryzys... i po kryzysie.



Usiłuję zacząć tego posta już od jakiegoś czasu. Idzie mi jak po grudzie. Nie sadziłam, że kiedykolwiek będę, w ogóle, poruszać taki temat. I chyba dlatego, zupełnie nie wiem jak to ugryźć. Zaraz miną dwa lata jak, jestem tu gdzie jestem i robię to, co robię.  

Nie, nie zamierzam tu i teraz robić rachunku sumienia, podsumowania ostatnich lat. Jeszcze nie tym razem. Nie zamierzam też rezygnować z pracy, czy prowadzenia bloga, choć ostatnio trochę go porzuciłam. I właściwie, właśnie o tym, a raczej, dlaczego tak się stało, chcę dziś napisać. Tym razem to nie będzie opowieść w cyklu: byłam tak zajęta, tyle się działo, albo nie miałam czasu. W prawdzie działo się dużo, jak zawsze, ale tym razem, to ja nie chciałam mieć  tego czasu na pewne rzeczy.

Marzec i kwiecień zupełnie nie zapowiadały tego co się ma wydarzyć. To były jedne z bardziej aktywnych miesięcy. Bardzo dużo pozwiedzaliśmy, zarówno razem z Mateuszem, jak i osobno. Byliśmy bardzo podekscytowani tym wszystkim, to były jedne z bardziej udanych podróży. W kwietniu postawiliśmy kropkę na i, wybierając się na 10cio dniową podróż poślubną do Wietnamu. Trochę spóźniona ta podróż poślubna, ale lepiej późno niż wcale. Świetnie się bawiliśmy, poznaliśmy rewelacyjnych ludzi i przeżyliśmy kilka ciekawych przygód. Dlaczego o tym jeszcze nie napisałam? Dlaczego tak zwlekam? No właśnie…

Trochę zajęło mi zanim sobie uświadomiłam, co się tak naprawdę dzieje. Ostatni miesiąc moje zainteresowanie, uwaga i wysiłki, skierowane zostały we wszystkie możliwe kierunki, poza podróżowaniem.

Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale… zmęczyły mnie ciągłe podróże. Mówienie o tym, pisanie, ten nieustający poziom adrenaliny. Wymyślanie, kombinowanie, szukanie. Na samą myśl o kolejnej wycieczce, zapadałam się jeszcze bardziej pod kołdrę, czy w sofę. Najwyraźniej każdego to wcześniej, czy później spotyka. Po prawie 2 latach w ciągłym biegu i na mnie przyszła pora. Nawet swojego ukochanego aparatu ostatnio nie dotykałam.

Oczywiście nie siedziałam w domu przed komputerem nadrabiając zaległości serialowe, no dobra, trochę siedziałam, ale nie tylko. :P

Maj był miesiącem spod gwiazdy normalności, o tyle, o ile to możliwe przy naszej pracy i trybie życia. Oboje zajmowaliśmy się, na spokojnie, wszystkim co jest, wystarczająco dalekie od podróżowania, seriale też się zakwalifikowały. W końcu wyszły nowe odcinki Gry o Tron czy Hannibala, a ponad wszystko Jak poznałem Waszą Matkę. Z okazji zakończenia ostatniego sezonu, postanowiliśmy powrócić do tego serialu, żeby nadrobić zaległości i dowiedzieć się jak on wreszcie poznał tą matkę. Walka trwa.

Miałam kilka dni wolnego jednak, chyba pierwszy raz od dawna, nie wykorzystałam ich na podróże. Zamiast tego nadrobiłam zaległości domowe i towarzyskie. Spędziłam trochę czasu w jednym miejscu, na spokojnie, nie goniąc za przygodą. W kapciach, wśród znajomych, z którymi od dawna usiłowałam się spotkać, ale ciągle coś mnie goniło. Mieliśmy pomysł, co zrobić w trakcie wolnych dni, gdzie sobie pojechać, co zobaczyć, ale wygrały sprawy bardziej przyziemne, mniej intensywne, pozwalające nam wypocząć i naładować baterie.

Pewnie zastanawiacie się jak ja to wszystko pogodziłam z pracą. Przecież moja praca nie pozwala na siedzenie w domu. Jednak okazało się to super proste. Tak naprawdę, to nawet mój grafik sprzyjał takiemu nastrojowi. Dostałam takie loty, które albo nie robią na mnie takiego wrażenia, np. 3x Niemcy, (tak, tak w d… się już niektórym poprzewracało), albo kierunki, gdzie zakwaterowanie jest na tyle daleko od wszelkich atrakcji, że skutecznie mnie to zniechęcało.

Poza tym, że leniuchowałam, zaczęłam się też trochę zastanawiać na perspektywami, które mam, albo mogę mieć. Nad niespełnionymi ambicjami i planem na jakąś przyszłość, tą po lataniu. Mówimy tu w prawdzie, o bliżej nieokreślonej perspektywie czasowej, ale wydaje mi się, że zarys planu warto mieć. Nie chcę stać się jedną z tych czterdziestokilkuletnich stewardes, które w życiu nie zrobiły w zasadzie nic innego. W efekcie są sfrustrowane, zawistne i nie mają własnego życia.
Ostatnio po głowie chodziło mi wszystko co sprawiało, że mogłam siedzieć w jednym miejscu. 

Czasami trzeba odpocząć od najbardziej fascynujących rzeczy. Nie można wiecznie żyć na dopingu. Permanentnie wysoki poziom ekscytacji potrafi zmęczyć.  

Odezwała się też we mnie, tłumiona od jakiegoś czasu, fascynacja i tęsknota za normalnością, z monotonią, nudą, prozą życia. Pewnie brzmi to dla wielu z Was irracjonalnie. Jak można tęsknić za czymś takim? Otóż pamiętajcie, zawsze jest lepiej, tam gdzie nas nie ma. A jeszcze częściej chcemy mieć to czego mieć nie możemy. Takie życie.

Tak sobie myślę, że pierwszy szał, okres fascynacji światem, ludźmi, podróżami i moją pracą, mam już za sobą. Teraz przyszła pora na… No właśnie na co? Na dojrzalsze podróże? Ale właściwie co to znaczy? Jeśli to, że mam nie jeździć na jednodniowe podróże za mężem, to nie liczcie na to. Jedynie na co możecie, w tej kwestii liczyć, to relacje z nich. A może nic się nie zmieni,  może szał powoli powróci?  Macie jakieś doświadczenia, koncepcje dla mnie?

Wychodzi na to, że wszystko ma swoje granice. Ja dotarłam do swoich. Miesiąc poleniuchowałam podróżniczo i teraz wracam do gry. Powoli odzyskuję zapał i energię. Separację z aparatem też już mam za sobą. Postaram się szybko nadrobić zaległości i coś nowego pozwiedzać, o czym oczywiście też was poinformuję.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Tajpej, cz. 2





Poznajecie opakowanie?


Nowy dzień w Tajwanie, to kolejne atrakcje. Wyruszyliśmy z opóźnieniem, ale zapał nam nie opadł. Zaczęliśmy od Sun Yat-sen Memorial Hall, które na nasze nieszczęście było właśnie w remoncie. Co nie co, udało nam się przez szybę zobaczyć, ale niestety, nie mogliśmy wejść do środka. W rezultacie widzieliśmy tylko wielki pomnik  Dr Sun, określanego tutaj jako Ojca Narodu.








Dalej w planach był wjazd na Taipej 101, dlaczego 101?
                                                                                                                     Bo tyle ma pięter.
Co w nim takiego specjalnego?

Do niedawna, czyli zanim Araby zabrały się za bicie rekordów, to właśnie Taipei 101 był najwyższym budynkiem świata. Trwało to, niestety, tylko kilka lat. Obecnie jest 3ci. Po Dubajskim Burj Kalifie i Makkah Royal Clock Tower Hotel w Arabii Saudyjskiej. Widok z góry, na całe miasto - pierwsza klasa. Jednak największą ciekawostką był system stabilizacyjny tego budynku.



Tajpej leży w obszarze dość aktywnym sejsmicznie, więc trzeba było znaleźć sposób, aby zabezpieczyć konstrukcję wieży przed zawaleniem. Patent, zwany damplerem, polega na zawieszeniu, na stalowych linach, w sercu budynku, wielkiej kuli. Ma ona za zadanie tworzyć przeciw wagę, dla kołyszącego się budynku. Najbardziej fascynujący jest fakt, że Azjaci potrafią ze wszystkiego zrobić kreskówkę i wypromować jej bohatera. Kreskówka miała za zadanie wytłumaczyć, w prosty sposób, całą ideę.
Nie uwierzycie, ale wśród azjatyckich turystów, zdecydowanie większym zainteresowaniem, cieszyły się figurki z postaciami z kreskówki, niż sama kula czy idea. Dla nas interesujący był fakt, że można ją zobaczyć na własne oczy. Fizyka nigdy nie była moją mocną stroną, a rozwiązanie wydaje mi się genialne w swojej prostocie, choć w kadr ciężko zmieścić. Jednak byliśmy w tym poglądzie odosobnieni. Zdecydowanie więcej osób wolało robić sobie zdjęcia z postaciami z kreskówki. Cóż mogę dodać… co kraj to obyczaj. :P
W Taipei 101, turyści podziwiają widoki z zamkniętego tarasu widokowego na 89 piętrze. Dla porównania dodam, że w Burj Kalifa jest to 124te piętro. Za to tutaj na 90tym piętrze, znajduje się otwarty taras widokowy. Trzeba jednak, mieć dużo szczęścia, żeby trafić na pogodę, która umożliwia jego bezpieczne otwarcie. Nam się nie udało. Zakładam, że widoki zza szyby były niewiele gorsze.











Na środku restauracji była przeszkolona kuchnia, więc można było podejrzeć proces produkcji. Oczywiście, nie omieszkałam skorzystać. Jak tam stałam podeszła do mnie jedna z kelnerek. Okazało się, że pochodzi z Serbii i jest w tej restauracji na stażu. Zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o swojej praktyce, o życiu na Tajwanie. Odniosłam wrażenie, że brakowało jej jakiejś Europejskiej twarzy.
Rozmawiałyśmy też o restauracji i procesie produkcji pierożków. Okazało się, że bardzo dbają o szczegóły. Wszystkie są dokładnie identyczne, czyli taka sama masa - 21g, nawet ilość skręceń jest zawsze taka sama – 17. Co któryś ważą i jeśli coś jest za dużo lub za mało – śmietnik. Podobno jeśli skręceń będzie 15, czy 18, skutkuje to innym smakiem. Gotowane się na parze przez 4 min i przy większej, bądź mniejszej, ilości skręceń, para inaczej dociera do środka, co w rezultacie daje im inny smak. Ja pewnie i tak bym się nie zorientowała, ale może inni mają bardziej wrażliwe podniebienia.
Wstyd się przyznać, ale dziewczyna uratowała mi radość jedzenia.  Jak zobaczyła jak kiepsko radze sobie z pałeczkami, szybko zaproponowała widelec. No i co z tego, że dużo podróżuję,, zwłaszcza po krajach azjatyckich. Pałeczki to dla mnie czarna magia. Zdziwilibyście ilu instruktorów się na mnie poddało. Głupio mi było, w ogóle zapytać o widelec, wszyscy dookoła jedli pałeczkami. Nie sadzałam nawet, że mają takie wynalazki. Co to była za ulga.

Menu











Ciekawostek dotyczących tej restauracji jest jeszcze kilka. Pierwsza z nich to instrukcja obsługi pieroga. Kelnerka nie dość, że dała nam małą broszurę co i jak, to jeszcze pokazała. Haczyk polegał na tym, żeby do imbiru dolać sos sojowy i winegret, oczywiście w odpowiedniej proporcji, czyli 1:3. Dopiero potem należało zamoczyć w tym pierogi. Ale też, nie jakość barbarzyńsko unurać je w tym. To by było zbyt proste. Należy delikatnie pieroga zamoczyć i położyć na osobnym talerzyku. Następnie zrobić w nim małą dziurkę, żeby puścił soki, wtedy dołożyć niteczki imbiru i dopiero do buzi. Pycha. Będę z wami szczera, widelec dużo ułatwiał mi zadanie.
Ta restauracja była zupełnie innym doznaniem niż Modern Toilet. Tutaj na torbę dostawałeś specjalny zamykany kosz, a jeśli ktoś powiesił kurtkę na oparciu krzesła to dostawał pokrowiec na nią. Totalne szaleństwo. Wbrew pozorom wcale nie było tam tak drogo, a jedzenie rewelacyjne. Polecam. Według informacji, które zaciągnęliśmy, mają swoje siedziby również w kilku innych krajach azjatyckich.







Stamtąd metrem pojechaliśmy dalej, tym razem w poszukiwaniu bardziej duchowych doznań, czyli lokalna świątynia. Jednak sama przejażdżka metrem była przeżyciem. Wyobrażacie sobie, żeby u nas stać, przed drzwiami do pociągu, w kolejkach? Jeden za drugim, bez przepychanek, pełna kultura. Wyrysowane są na ziemi linie nadające kształt i kierunek kolejki, i nikt się nie kłóci. Nikt się nie przepycha, z góry wiadomo gdzie będą drzwi. Szok, korzystając na co dzień z metra w Dubaju, gdzie trzeba walczyć o przetrwanie przy wsiadaniu i wysiadaniu, taka kultura to bardzo miła odmiana.


Bilet na metro




 

Świątynia do której pojechaliśmy była bardzo intrygująca. Sama do końca nie wiem co to było za wyznanie. Cos z pogranicza buddyzmu i hinduizmu. Opis w przewodniku też był bardzo ogólny i nie wiele wyjaśniający. Najciekawsze było to, że modlili się tam zarówno młodzi, jak i starzy, zarówno mnisi jak i ludzie świeccy, kobiety, dzieci i mężczyźni. Co ciekawsze, nie trzeba było ściągać butów, a do tej pory każda świątynia, w której byłam tego wymagała. Oczywiście, poza chrześcijańskimi kościołami. Dary składane bogom w ofierze, były najróżniejsze, od kwiatów, przez owoce po inną żywność. Sposoby modlitwy też były różne, od kadzideł, ukłonów na kolanach, po rzucanie na ziemię klockami. Stałam tam i obserwowałam to wszystko zafascynowana, nic z tego nie rozumiałam, ale szalałam z aparatem.
 
























Kończył nam się czas, pora była wracać do hotelu. Mateusz musiał się przespać, przed rejsem. Nie mogliśmy sobie, jednak odmówić, szybkiego rzutu oka na okolice. Okazało się, że trafiliśmy na plac, który był miejscem lokalnego hazardu. Nie powiem Wam w co grali. Jeszcze nie poznałam nikogo kto mógłby wytłumaczyć mi zasady tej gry. Już kilka razy widziałam jak ludzie grają jakimiś klockami, a tutaj inni praktykowali tez coś w stylu popularnego bingo. Trafiliśmy też w jakąś wąską uliczkę ze sklepami. W warzywniaku babka stała w kaloszach bo miała wody po kostki. Mięsny nie wyglądał lepiej, w innych obsługa drzemała na ladzie. Ciekawe miejsce. Jak cały Tajpej.